Dyrektor Teatru Arka Renata Jasińska

Świątynia, kulturaVIVA.pl

Fundacja Artystów Niepełnosprawnych i Pełnosprawnych JESTEŚ MY

Świątynia, kulturaVIVA.pl

Ludzie ludziom

Każdego, kto odwiedzi Wrocław, namawiam na wizytę w Teatrze Arka. Jest to miejsce wyjątkowe, stworzyli je wyjątkowi ludzie - Renata Jasińska (aktorka i reżyserka) z zespołem. W zespole artystycznym są profesjonalni aktorzy i osoby niepełnosprawne jako aktorzy-adepci.


Najnowszą premierą (styczeń 2011) w Teatrze Arka jest Świątynia. Dybuk - legendy żydowskie w reżyserii Renaty Jasińskiej. Przejmująca, a przede wszystkim niebanalna i daleka od plakatowości i spłycenia przez wszechobecny polski szablon martyrologiczny refleksja nad losem Żydów i Holocaustem. Rytmiczny układ aktorów w pasiakach, słów, milczenia i ruchu, muzyka Jacka Zameckiego, bardzo precyzyjne rozłożenie akcentów sprawiają, że spektakl robi przejmujące wrażenie. Przez półtorej godziny na widowni panuje absolutna cisza. Niewielka przestrzeń sceny niemal wchłania widownię, niemalże ją pożera, wtapiając w swój świat spraw okrutnych i trudnych, w świat okrucieństwa i obojętności. Ze sceny w pewnym momencie pada pytanie: Co na to wszystko sumienie świata? Odpowiedzią jest milczenie. Wtedy świat milczał, teraz najczęściej mówi o tej martyrologii w sposób tak sztampowy, że zupełnie martwy. W tym teatrze ten świat żywych i martwych Żydów, świat Holocaustu znowu krwawi i głośno krzyczy. Aktorzy wyłaniają się, rodzą z rzędów liter świętego tekstu Księgi Prawa, którymi pokryte są przykrywające ich płachty papieru. Między światem żywych i umarłych stoi martyrologia narodu żydowskiego i jego kultura. Martyrologia w wymiarze ludobójstwa i ta w wymiarze losu pojedynczych ludzi. Żydzi opowiadają o swojej śmierci, wspominają życie, śpiewają pieśni i psalmy (aktorzy śpiewają czysto, co jest godne podkreślenia). Wymowa spektaklu jest tym mocniejsza, że ze sceny nie pada ani jedno słowo oskarżenia kogokolwiek o cokolwiek.

Przedstawienie staje się też parabolą odniesień. Nie tylko nazista jest wrogiem (doktor Mengele, który zabija "ludzkie króliki" w imię nauki - Klaudia Lewandowska), ale i sąsiad, który nienawidzi wszelkiej inności (porażająca rozmowa z Jedwabnego: zabili nas znajomi - mówi Sara, Agata Obłąkowska-Woubishet). Jak długo musimy żyć obok siebie, byśmy przestali w Żydach widzieć wszelkie zło? By Żydzi żyjący wśród nas od co najmniej 800 lat znaleźli tu swój dom? Swoje miejsce? Przestali wzbudzać niechęć, a nawet nienawiść? Stale się przekonujemy, że antysemityzm nie zniknął, że trwa w bardziej lub mniej utajonej postaci.

Na tle świata okrutnego i brutalnego, wypełnionego nienawiścią i bólem zrodziła się miłość. Miłość Chanana (Alexandre Marquezy) i Lei (Beata Lech). Kochanków rozdzieliła śmierć, Lea staje się tu Oblubienicą-lamentnicą z Pieśni nad Pieśniami. Wstrząsająca scena, w której aktor w obozowym pasiaku wysypuje z worka kostki szarego mydła symbolizujące wymordowanych z rodziny Lei, zapiera dech. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Wręcz nachalnie przypominają się tu słowa Nałkowskiej. Ludzie ludziom. Nawet magia teatru jest wobec tych słów bezradna. Ten spektakl boli, ten spektakl rani, chociaż nic nie zawiniliśmy. Beata Lech zagrała tę scenę powściągliwie, niemal surowo, jest bardzo oszczędna w gestach, niemal znieruchomiała. Kostki mydła na chwilę pozbawiają ją słów... Boże, uśmiechnij się - woła w jakimś momencie.

Finał w wykonaniu Klaudii Lewandowskiej - doktora Mengele wbija w krzesła. Wśród czarnych plastikowych worków wypełnionych ciałami doktor Mengele wygłasza monolog. Niemal go wyszeptuje. Beznamiętnie, cicho wypowiada słowa, które spadają jak ciężkie głazy. Bez gestu, bez mimiki, w nabrzmiałej znaczeniami, symbolami, okrucieństwem ciszy. Świetna scena!

Na koniec trochę dziegciu. Irytują, drażnią dłużyzny. Przy znakomicie teatralnie wygranych akcentach, rozłożeniu rytmów słów i ruchu denerwuje pewne rozjeżdżanie się ruchu na nadmiar obrazów, zwłaszcza że one niczego nie wnoszą. Za mało precyzyjnie wygrane są puenty niektórych scen, co sprawia wrażenie, jakby spektakl miał kilka zakończeń. Na przykład bardzo ładnie plastycznie skomponowana scena rozmowy dwóch dziewczyn. Siadają do siebie plecami niczym podpórki do książek. I wydaje się, że to koniec przedstawienia. A przedstawienie trwa. Są to jednak drobiazgi.

Namawiam do obejrzenia tego spektaklu, który jest tak blisko widza, że to aż zabolało. Namawiam do obejrzenia niezwykłego wydarzenia, jakim stało się tu włączenie w spektakl osób niepełnosprawnych. Nie tylko są symbolem okaleczenia, ale osiągnęli poziom aktorstwa, który spokojnie można ustawić na równym poziomie z aktorstwem zawodowym. Z ich ograniczeń reżyser i aktorzy zrobili ważny dla refleksji i emocji atut.

Justyna Hofman-Wiśniewska
kulturaVIVA.pl
6 kwietnia 2011