Dyrektor Teatru Arka Renata Jasińska

Edyta Stein, Teatralia

Fundacja Artystów Niepełnosprawnych i Pełnosprawnych JESTEŚ MY

Edyta Stein, Teatralia

Uczennico Husserla, módl się za nami


Była Żydówką. Była wybitną filozofką. Była ofiarą swoich czasów. Zdradziła ideały swojego narodu, została ateistką. Poznała Maxa Schelera i Romana Ingardena. Napisała pracę doktorską pod przewodnictwem Edmunda Husserla. Mimo że miała w ręce list polecający od tegoż, jako kobiecie nie zezwolono jej na habilitację. Doznała nawrócenia na wiarę katolicką. Wstąpiła do klasztoru (jej matka nigdy się z tym nie pogodziła). Zginęła, jako Żydówka, w obozie hitlerowskiej Zagłady. Została beatyfikowana. Została kanonizowana. Została patronką Europy. Nie zrobić spektaklu, filmu, nie napisać książki o kimś z TAKĄ biografią, o kimś TAK wewnętrznie pękniętym, to byłaby zbrodnia.
Spektakl Teatru Arka o Edycie Stein (bo o niej mowa) również jest pęknięty. O ile to możliwe, chciałabym powstrzymać się od wiążącej oceny pierwszej części przedstawienia czy też pierwszego przedstawienia, bo w ramach pokazu "Edyta Stein. W pośpiechu do nieba" możemy oglądać właściwie dwa spektakle. Pierwszy to monodram Anny von Schrottenberg, w całości zagrany w języku niemieckim, którym nie władam. Na pewno aktorka jest wspaniała. Śpiewa, aż ciarki przechodzą po krzyżu, operuje ciałem nie jak cyrkowiec, ale jakby podpatrywała uczniów Grotowskiego (czyli lepiej niż cyrkowiec). Na spektakl patrzymy z góry - mała przestrzeń, w której popisuje się aktorka, ustylizowana jest na katakumby. Świetny to pomysł, bo aktorka, wijąc się w tej przestrzeni, pokładając na podłodze, nerwowo chodząc i podskakując, oddaje duszność i klaustrofobiczność celi zakonnej, a może pociągu jadącego do obozu koncentracyjnego. Towarzyszy jej piękna muzyka na żywo. Wiele więcej powiedzieć nie jestem w stanie.
Podejrzewam wszakże, że ten pierwszy spektakl oddaje głos Edycie, skupia się na niej, na jej przeżyciach wewnętrznych, uczuciach i emocjach. W drugiej części przedstawienia, zagranym, chwała Bogu, w języku polskim, Edyta Stein zostaje obsadzona w kontekście kulturowym. Integracyjny zespół aktorski Teatru Arka zawsze będzie robił wrażenie, chociażby z tej racji, że niepełnosprawni aktorzy nie są w nim traktowani jak miłe, głupiutkie maskotki, ale dostają pełnoprawne, równe z innymi, trudne role. Nie wiem, czy istnieje drugi teatr w Polsce, który potrafiłby tak pracować. W treść "Edyty Stein" nazywani "adeptami", niecodzienni artyści, wpisali się jak ulał. Bo oto mamy pierwszą scenę, wypełnioną infantylną grozą. Rozkłada się przed nami coś jakby żydowskie miasteczko sprzed wojny, a trochę może kolorowy, kiczowaty jarmark. Wybrzmiewa echo polemiki Stein z Kantem. Jedna blondynka o chłodnej urodzie zaczyna mówić introwertyczny monolog o czarnym mleku. Później ten sam monolog wygłosi jedna z adeptek. Piorunujące wrażenie.
Artyści po życiu świętej nieco się prześlizgują. Przytaczają kilka epizodów, mówią kilkoma jej tekstami, ale w gruncie rzeczy interesuje ich co innego - dewaluacja świętości, rozmienienie jej na drobne przez ludową, nawiną religijność, na przełomie wieku XX i XXI wyrażającą się w religijnym kiczu, dobrze znanym wszystkim katolo-polo. Kubek z wizerunkiem świętej, koszulka z napisem "kocham Jezusa", katolickie frazesy wyśpiewywane do znudzenia z towarzyszeniem gitary elektrycznej. Taka religijność stoi w kontrze do prawdziwej duchowości, do tego, czego reprezentantką jest Edyta Stein - doktor filozofii, uczennica Husserla, zaczytana w św. Tomaszu z Akwinu. Dlatego być może artyści pozwalają sobie na obrazoburcze wykorzystanie całej gamy symboliki religijnej. W końcu to, jak kościół katolicki wykorzystał Edytę Stein, jak ją wykastrował, upupił, zinfantylizował, domaga się jakiejś godnej pomsty.
I są autorzy spektaklu momentami zbyt chaotyczni, momentami zbyt dosłowni i ilustracyjni. O ile aureola nad głową Edyty Stein z kolorowego, jarmarcznego wiatraczka, to bardzo trafny i prosty zabieg, o tyle piosenka śpiewana w tle, która tłumaczy widzowi, jak gdyby był nieco tępy, o co w tej scenie chodzi, jest, wydaje się, całkowicie zbędna. Czasami balansuje przedstawienie na granicy przegadania, owszem. Owszem, Alessandra Donati wykonuje, niezależnie od kontekstu, bez przerwy, sexy-wygibasy, co po jakimś czasie staje się irytujące swoim brakiem sensu.
Niemniej, wspaniała muzyka, pieczołowita gra aktorska, obrany temat i jego wieloznaczna prezentacja sprawiają, że "Edyta Stein. W pośpiechu do nieba", to jedna z najciekawszych premier teatru pozainstytucjonalnego, a może i teatru polskiego w ogóle, mijającego roku. Bo Edyta Stein - kobieta, filozofka, Żydówka, katolicka zakonnica, konwertka, doktor uniwersytecka, męczennica z obozu, błogosławiona, święta, uczennica Husserla, patronka Europy - została w nim pokazana jako osoba faktycznie łącząca w sobie te wszystkie sprzeczności. W pewnym sensie Arka wyrwała Edytę bezmyślnemu kultowi i przywróciła ją sztuce i rozumowi. Brawo.

Jolanta Nabiałek
Teatralia Wrocław
9 grudnia 2011