Teatr Arka im. Renaty Jasińskiej

STOWARZYSZENIE PRZYJACIÓŁ TEATRU ARKA

Kolejna recenzja naszego nowego spektaklu " Dziady"

Sam nie wiesz, gdzie lecisz

 

 

Fot. A. Nowak

O „Dziadach” wg Adama Mickiewicza w reż. Agaty Obłąkowskiej, w Teatrze Arka we Wrocławiu, pisze Kamil Bujny.

Gdy trudno przychodzi pisanie tekstu, dobrze jest zacząć nie od początku: gdzieś od środka czy nawet od końcowych konkluzji, choć z nimi to nigdy nic nie wiadomo, czasem potrafią zaskoczyć samego autora. Choć z podobnym problemem mierzę się przy recenzowaniu „Dziadów” w reżyserii Agaty Obłąkowskiej z wrocławskiego Teatru Arka, to nie chcę zaczynać omówienia nie od początku – trochę ze strachu, że pogubię się we własnych myślach, a trochę z poczucia bezradności. Tak dużo w tym spektaklu się dzieje, na tylu poziomach twórcy ciekawie prowadzą dzieło Mickiewicza, zderzając ze sobą poszczególne części i ich bohaterów, że chcąc zachować trzeźwy umysł i logiczność wywodu, wiem, że muszę zacząć od początku. Na szczęście mam to już za sobą.

„Dziady” Obłąkowskiej rozgrywają się w jedną noc – w trakcie tytułowych obrzędów. Reżyserka, która odpowiada również za adaptację dramatów, połączyła wszystkie cztery części, tworząc jedną, spójną opowieść o niemożliwej miłości, która dotyczy zarówno bohaterów (relacja między Gustawem a Marylą), jak i wartości (takich jak wolność czy ojczyzna). Jej przedstawienie podąża wiernie za wymową dzieła Mickiewicza i pomimo dużych skrótów (spektakl trwa niecałe dwie i pół godziny) nie wydaje się ani uproszczone, ani przewidywalne. Wręcz przeciwnie. To, co okazuje się charakterystyczne dla pokazu Obłąkowskiej, to zestawianie ze sobą ukazanych w dramatach wydarzeń i postaci, podkreślanie istniejących między nimi powiązań i zależności. Reżyserka najwięcej uwagi poświęca jednak stracie, która w tym wypadku staje się centralnym punktem doświadczenia niemal wszystkich bohaterów – to ona kształtuje ich tożsamość i determinuje działania, niezależnie od tego, czy została poniesiona wskutek własnych przewin (jak w wypadku dusz, które nie mogą dostać się do nieba w ramach kary za ziemskie zachowania), błędnych, acz koniecznych wyborów (związanych przede wszystkim z niepodążaniem za prawdziwą miłością) czy odgórnych, zewnętrznych decyzji (odebranie Polsce wolności). Choć ukazane przez Mickiewicza uwikłanie postaci w narodowy dramat pozostaje dla Obłąkowskiej kluczowym punktem odniesienia, to wydaje się, że bardziej istotne są dla niej dramaty prywatne, indywidualne. W jej interpretacji „Dziadów” wspólnotowe doświadczenie opresji jest ważne oraz kształtujące sposób myślenia, ale nie bardziej (choć też nie mniej), niż doznawanie krzywd przez jednostkę. Twórczyni stawia bowiem znak równości między obydwoma poziomami, dlatego też cierpienie Gustawa po stracie ukochanej jest tak samo wyraźne i przejmujące, jak to, którego doświadcza Konrad, nie mogąc poprowadzić narodu ku wolności.

Przedstawienie Obłąkowskiej wydaje się z jednej strony spektakularne i widowiskowe, a z drugiej minimalistyczne i oszczędne. Choć przestrzeń, w której wystawiono w Teatrze Arka „Dziady” nie jest duża (cała sala liczy jakieś kilkanaście/kilkadziesiąt metrów kwadratowych), to nie uniemożliwiło to twórcom przygotowania imponujących scen zbiorowych – z dziesiątką aktorów i sześcioosobowym chórem. Wprawdzie mogłoby się wydawać, zajmując miejsce na widowni, że przedstawienie nie będzie symultaniczne, że mamy raczej do czynienia z prezentacją z wyraźnie zarysowanym podziałem na publiczność i scenę, jednak prędko się okazuje, że tak nie jest, a składające się na scenografię liczne drzwi nie tylko symbolizują portale, przez które zmarli mogą „przejść” do świata żywych, ale również oddają intencje twórców w postrzeganiu roli odbiorcy. Obłąkowska prowadzi bowiem spektakl tak, by widz był nie tyle obserwatorem zdarzeń, ile ich uczestnikiem, pełnoprawnym członkiem – umożliwia mu właśnie „wejście” do tego na pozór dawnego, acz wciąż wiele o nas mówiącego świata przedchrześcijańskich zwyczajów i romantycznych wartości.

Twórczyni nie decyduje się jednak na bezpośrednią integrację wykonawców z publicznością, nie włącza również oglądających w jakiekolwiek działania, tworzy za to przestrzeń znaczeń składającą się zarówno z tych elementów scenografii, które są od początku wyeksponowane (porozrzucane książki i okalające niemal całą scenę drzwi), jak i wszystkiego tego, co albo dopiero z czasem zyskuje wartość (jak porozstawiane świece czy obecne przed sceną kądziele), albo dopiero w odpowiednim momencie zostaje wydobyte z ciemności (jak wiszące z tyłu sali, nad widownią, otwarte na oścież okno). Być może rzeczy, na które zwracam uwagę, wydają się oczywiste, jednak ujawniają one w „Dziadach” Obłąkowskiej bardzo duży potencjał znaczeniowy – nie tylko w odniesieniu do wymowy samego romantycznego dzieła, ale również próby zrozumienia natury człowieka. Spektakl Teatru Arka opowiada się bowiem przeciwko upraszczaniu i zero-jedynkowemu postrzeganiu świata (także tego mickiewiczowskiego), co znajduje wyraz nie tylko w bardzo udanej adaptacji tekstu, ale również w formalnych rozwiązaniach – wspomnianej symultaniczności przedstawienia (jego akcja rozgrywa się w kilku miejscach naraz – na scenie, między publicznością i za nią) oraz redefiniowaniu wszystkich elementów, jakie pojawiają się w przestrzeni działań aktorskich.

Choć sama praktyka Dziadów postrzegana jest dziś wyłącznie jako przejaw dawnych wierzeń, to wszystko, co za nimi stoi, jak udowadnia Obłąkowska, pozostaje wciąż aktualne – mam na myśli przede wszystkim potrzebę odwoływania się do tego, co pozarozumowe, uniwersalne i duchowe. W prezentacji tym „czymś” staje się zarówno przekonanie, że można nawiązać kontakt ze światem umarłych, jak i wiara w siłę teatru, w znaczenie wspólnotowego przeżywania spektaklu. Okazuje się to kluczowe nie tylko dlatego, że to teatr integracyjny, ale również ze względu na jego lokalizację – instytucja dzieli podwórze ze Sceną Kameralną Teatru Polskiego, który jeszcze kilka lat temu – co było pierwszym takim wydarzeniem w Polsce – wystawiał z dużym powodzeniem całe „Dziady”. Jak się potoczyły losy nie tylko samego przedstawienia Michała Zadary, ale również całego zespołu i jego artystycznej oferty, nie ma sensu tutaj omawiać, ale trudno nie mieć tej smutnej historii na uwadze, oglądając spektakl w reżyserii Obłąkowskiej (zwłaszcza, że kwestia niszczenia kultury jest w nim wyraźnie obecna).

Dużym problemem dla osoby piszącej o tej inscenizacji jest mnogość potencjałów, na których można oprzeć tekst. Mam na myśli nie tyle (choć również) formalną analizę (omówienie scenografii, gry aktorskiej, pracy zespołowej, adaptacji dramatów, umuzycznienia czy oświetlenia), ile wystarczająco wyczerpującą interpretację wszystkich sensów i artystycznych chwytów, które znalazły miejsce w tym przedstawieniu. Reżyserce udało się bowiem poprowadzić spektakl tak, by był cały czas na granicy mówienia wprost i sugestii, spełniania oczekiwań widza i wodzenia go za nos, wierności Mickiewiczowi i artystycznej dowolności, spektakularnej widowiskowości i offowej oszczędności, polityczności i niezaangażowania, zespołowej kreacji i wysuwania na pierwszy plan poszczególnych ról (genialny Maciej Mazurkiewicz!), przystępności i hermetyczności. Każdy, kto mówi o „Dziadach” Obłąkowskiej tylko za pomocą jednej z tych kategorii, tyleż ma rację, co się myli. Przedstawienie Teatru Arka realizuje się bowiem pomiędzy tymi wszystkimi biegunami, daleko od jednoznaczności i oczywistości.

https://teatrdlawszystkich.eu/sam-nie-wiesz-gdzie-lecisz/?fbclid=IwAR2HYU4XqLE_x_7GHyb11KNgRAeqj9HZaCkGi2TafQWJWcRoP3j2FXObtc4

Galeria