Prezes i Dyrektor Teatru Arka Renata Jasińska

STOWARZYSZENIE PRZYJACIÓŁ TEATRU ARKA

Pinokio forever

Pinokio, reż. Alexandre Marquezy, Teatr Arka im. Renaty Jasińskiej we Wrocławiu

 

MIROSŁAW KOCUR

 

Stolarz Dżepetto struga drewnianego pajacyka i daje mu imię Pinokio. Ten ożywa, ale wciąż pozostaje tylko drewnianym pajacem z przyklejonym uśmiechem, naiwnym i głupkowatym. Myśli głównie o własnych przyjemnościach. Łatwo go zwieźć i oszukać. Od kłamania wydłuża mu się nos. Wróżka o Błękitnych Włosach i Mówiący Świerszcz wciąż muszą go wybawiać z kłopotów, w jakie sam się wpędza. Na koniec Wróżka zamienia drewnianego Pinokia w prawdziwego chłopczyka. Cierpki komentarz do wyborów prezydenckich w Polsce.


Wrocławski Teatr Integracyjny Arka zagrał opowieść o drewnianym pajacyku w wigilię wyborów. I to zagrał na żywo przy pełnej widowni. Pomimo pandemii, niedofinansowania i potopu oficjalnych „zakazów” teatr integrujący artystów zawodowych i osoby niepełnosprawne zdołał przygotować pełnowymiarowe przedstawienie. Heroizm rzadki i godny szacunku.

A spektakl? W roli Pinokia wystąpiła pani dyrektor artystyczna teatru, Agata Obłąkowska, wybitnie i wszechstronnie utalentowana aktorka. Stolarzem Dżepetto był pan dyrektor Arki, Alexandre Marquezy, emigrant z Burgundii, gdzie przed laty był aktorem niezależnego teatru. We Wróżkę wcieliła się Beata Lech-Kubańska, absolwentka wrocławskiej filii szkoły teatralnej w Krakowie.

Bohaterami wieczoru byli jednak nie zawodowi „aktorzy”, ale „adepci”. Anna Rzempołuch i Radosław Wojtas wykreowali oryginalną i zabawną galerię postaci niegodziwych. Rzempołuch zagrała też oślicę, a Wojtas zaśpiewał najlepszą piosenkę w przedstawieniu. Z kolei zjawiskowa Alicja Idasiak ożywiła i uwiarygodniła Mówiącego Świerszcza, a Marek Trociński budził respekt jako Ogniojad.

Kilka lat temu pisałem na tym portalu o Teatrze Arka z okazji innej premiery. Powtórzę: mam problem z podziałem na „aktorów” i „adeptów”, czyli osoby „pełnosprawne” i „niepełnosprawne”. Bo skoro w samej nazwie teatru pojawia się wyraz „integracja”, to może jednak wszyscy artyści powinni być traktowani i nazywani podobnie. Podziały nie służą integracji, a raczej utwierdzają różnice, szczególnie w obecnych okolicznościach politycznych.

Najwięksi wizjonerzy współczesnego teatru – jak Robert Wilson, Romeo Castellucci czy Pippo Delbono – od dawna włączają w swoje spektakle osoby wrażliwe inaczej, stygmatyzowane przez „zdrowe” społeczeństwo określeniem „niepełnosprawni”. Artyści „wrażliwi inaczej” wzbogacają teatr o nowe wymiary, niedostępne dla „pełnosprawnych”.

Światowa kariera Roberta Wilsona rozpoczęła się od spektaklu Deafman Glance (Spojrzenie głuchego, 1970), siedmiogodzinnego seansu powolnych obrazów bez słów, inspirowanych wizjami Raymonda Andrewsa, głuchoniemego chłopca o czarnej skórze, którego amerykański reżyser zaadoptował. Z kolei czternastoletni autyk, Christopher Knowles, swoimi grami językowymi zainspirował powstanie innej głośnej inscenizacji Wilsona, A Letter for Queen Victoria (List do Królowej Wiktorii, 1974). Sam Wilson w dzieciństwie leczył się tańcem ze straszliwego jąkania i przypadkiem wynalazł swoją własną, oryginalną, zapętloną i poszarpaną, jakby „jąkaną” choreografię.   

Romeo Castellucci regularnie zaprasza osoby „niepełnosprawne” do udziału w widowiskach wystawianych na największych scenach teatralnych i operowych Europy. Nigdy nie redukuje tych artystów do osób „sprawnych”, nie każe im znikać w tłumie wybitnych zawodowców. W spektaklach Castellucciego „niepełnosprawność” wzbogaca świat przedstawiony, stanowi osobny walor, a nie ograniczenie.

Trzon artystyczny londyńskiego zespołu Candoco Dance Company, gwiazdy wrocławskiego Festiwalu Brave przed czterema latami, tworzą tancerze poruszający się na wózkach i o kulach. Brak kończyny czy paraliż części ciała inspiruje tych artystów do poszukiwania nowych możliwości ruchu na scenie, niedostępnych dla ludzi „pełnosprawnych”.

Nigdy nie zapomnę uśmiechu aktora z zespołem Downa w spektaklu Questo buio feroce (Ta dzika ciemność). Spotkałem w nim Buddę… Pippo Delbono pokazał to przedstawienie we Wrocławiu w roku 2009, kiedy odbierał Europejską Nagrodę Nowe Rzeczywistości Teatralne. Warszawski Teatr 21, jedno z najciekawszych zjawisk artystycznych we współczesnym teatrze polskim, tworzą wyłącznie osoby z dodatkowym genem. Ich spektakle ujawniają zaskakujące głębie ludzkich relacji i zachwycają prostotą przekazu.

Wrocławska Arka ma nieco odmienny pomysł na teatr: chce, zgodnie z biblijną nazwą, ocalić artystów „wrażliwych inaczej” przez integrację. To może czas odwrócić relacje? I może warto zacząć od integracji osób „sprawnych”? A gdyby tak stworzyć spektakl ze świetną Anną Rzempołuch w roli głównej? I tej właśnie artystce, jej unikalnej wrażliwości i wizji świata, podporządkować działania pani dyrektor, pana dyrektora i pozostałych zawodowców?

Przepraszam, że się wtrącam, ale Arka to wyjątkowo wartościowe przedsięwzięcie artystyczne, a cóż może być ważniejszego dla Polski roku 2020 niż integracja?

Pinokio mieni się ciekawymi pomysłami, choć to spektakl robiony w bardzo trudnych warunkach pandemicznych i pan elektryk musi toczyć heroiczne walki z kablami podczas licznych zmian świateł. Szacun! Panie elektryku! Opanowanie świateł w tak zgrzebnych okolicznościach to świadectwo najwyższej profesji. A kilka obrazów było przepięknych.

Pinokio dowodzi, że projekt integracyjny Arki rewelacyjnie sprawdza się w przypadku spektaklu dla dzieci. Podczas przedstawienia młodzi widzowie bawili się świetnie, a w finale wspólnie z aktorami radośnie odśpiewali wesołą piosenkę. Doszło do pełnej integracji widowni z artystami. Gorąco zachęcam do rozwijania repertuaru dla dzieci także w przyszłości.

Arka znajduje się u końca niewielkiej uliczki Menniczej na Starym Mieście we Wrocławiu. Idąc tam, mija się pusty gmach Teatru Kameralnego, jedną ze scen Teatru Polskiego, kiedyś sławnego, a teraz zaoranego przez ministra kultury. Instytucja ta jednak wciąż działa pod kolejnym dyrektorem dostarczonym ze stolicy i doi kasę. Olbrzymie pieniądze tracone są na dysfunkcyjnego molocha, który udaje, że jest teatrem, a zespół Arki musi się gnieździć w niewielkim, sypiącym się budynku bez ogrzewania zimą i bez miejsca na szatnię. To skandal!

Póki co radzę wybrać się na Pinokia. Najlepiej z latoroślą, choć dorośli też skorzystają. Spektakl prowokuje do zadumy nad światem, w którym można sobie wystrugać drewnianego pajaca i przy odrobinie magii zamienić go w żywego człowieka. Pinokio forever!

 

http://teatralny.pl/recenzje/pinokio-forever,3097.html?fbclid=IwAR17Yj6nypNrZ-Suwjrde-XtfsSl1A6hRK5mOJ0PitLTdjoZqTYFkkrtyWQ