Dyrektor Teatru Arka Renata Jasińska

Renata Jasińska-Nowak

Fundacja Artystów Niepełnosprawnych i Pełnosprawnych JESTEŚ MY

Renata Jasińska-Nowak

Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak Renata Jasińska-Nowak

Renata Jasińska-Nowak (ur. 17 marca 1953 w Zielonej Górze) –  aktorka i reżyserka teatralna, dyrektor Teatru Arka we Wrocławiu.

Absolwentka Krakowskiej PWST, dyplom uzyskała 1978 roku.

W czasie studiów pierwsze kroki jako aktorka stawiała na scenie Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze, w sezonie 1972/73 na scenie lalkowej. Grała tam w kilku sztukach między innymi: Jaś Czy Małgosia? , Jak To Cała Zgraja Wilków Chciała Porwać Mikołaja.

Od 1978 do 1981 roku była aktorką Wrocławskiego Teatru Lalek we Wrocławiu, a w latach 1981-1987 aktorką Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze. Od 1980 członkini Solidarności, wiceprzewodnicząca Komitetu Zakładowego we Wrocławskim Teatrze Lalek, współpracowniczka środowiska Wrocławskiego Teatru Współczesnego im. Edmunda Wiercińskiego. W latach 1983-1989 była współpracowniczką Komitetu Kultury Niezależnej we Wrocławiu oraz wrocławskiego niezależnego teatru Nie Samym Teatrem. W 1983 współzałożycielka, do 1988 aktorka, scenarzystka i współreżyser Niezależnego Teatru "Scena Czterdzieści i Cztery".  W czasie  pracy artystycznej w Teatrze Norwida w Jeleniej Górze zapisała się znaczącą rolą Klary w „Zemście” A. Fredry. W tym okresie aktorka prowadziła niezależny teatr, którego osiągnięcia zauważone zostały przez polonię australijską, która przyznała jej nagrodę Pol-Cult. W niezależnej kulturze realizowała przedstawienia funkcjonujące poza cenzurą: KSIĘGI NARODU I PRZELGRZYMSTWA POLSKIEGO A. Mickiewicza, TESTAMENT KSIĘDZA POPIEŁUSZKI. Spektakle te, grane między innymi w Warszawie, Poznaniu i we Wrocławiu, zostały wysoko ocenione przez krytykę i widzów. Recenzje z tych wyjątkowych przedstawień ukazały się w piśmie „Obecność” oraz w słynnej „Kulturze Paryskiej”.13 VI 1987 uczestniczka spotkania niezależnych środowisk twórczych z Janem Pawłem II w kościele św. Krzyża w Warszawie. Wielokrotnie przesłuchiwana, zatrzymywana oraz pozbawiana ról w jeleniogórskim teatrze. W VIII 1987, pod naciskiem SB, dyrekcja Teatru im. C.K. Norwida nie przedłużyła z nią umowy o pracę.

W latach 1984–1987 współtworzyła – wspólnie z Iwoną Stankiewicz aktorką oraz aktorem Andrzejem Nowakiem – niezależny teatr Scena 44, którego spektakle prezentowane były w kościołach na terenie całej Polski.  Ze względu na działalność polityczną została zatrzymana przez Służbę Bezpieczeństwa, a następnie usunięta z jeleniogórskiego teatru.

W owych czasach Scena 44 była prężnie działającym niezależnym teatrem podziemnym, nie tylko w Jeleniej Górze, lecz także na scenach wielu kościołów w kraju. Obok Renaty Jasińskiej w teatrze występowali: Iwona Stankiewicz , Andrzej Nowak, Ryszard Węgrzyn (Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu), Bogdan Michalewski (Teatr na Bruku). Za stronę organizacyjną odpowiedzialna była jeleniogórska Solidarność, w osobach: Andrzeja Piesiaka, Roman Niegosza, Władysław Niegosza  oraz Edwarda Wryszcza.

W latach osiemdziesiątych Renata Jasińska związana była z Solidarnością Walczącą, której przewodniczącym jest Kornel Morawiecki.

W latach 1987-1993 aktorka we Wrocławskim Teatrze Współczesnym im. Edmunda Wiercińskiego. W 1989 współzałożycielka (ze Zbigniewem Górskim i Andrzejem Nowakiem) reaktywowanej Solidarności we Wrocławskim Teatrze Współczesnym

Związki artystyczne z Teatrem Współczesnym we Wrocławiu zaowocowały kilkoma liczącymi się rolami. Zagrała m. in. Dunię w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego.

Do 16 II 1988 rozpracowywana przez Wydz. III WUSW w Jeleniej Górze w ramach SOS kryptonim Renia.

 

Od 1992 roku, jako jeden ze współzałożycieli, nieprzerwanie związana z Teatrem Arka we Wrocławiu. Prowadzi teatr samodzielnie, z powodzeniem łącząc rolę aktorki, autorki scenariuszy, reżyserki i dyrektorki teatru. Będąc jego spiritus movens odważnie i z rosnącym powodzeniem rozszerza zakres działalności artystycznej, skupiając wokół siebie ludzi wrażliwych, zdolnych i otwartych na twórcze eksperymentowanie w teatrze

   W  2004 roku zaprosiła do realizowanych przez siebie przedstawień osoby  niepełnosprawne jako aktorów, którzy stali się równie ważną częścią zespołu jak zawodowi aktorzy i występują w niemal każdym przedstawieniu teatru. Ważnym  przedsięwzięciem  był spektakl „Kuglarze Pana Boga”, w którym obok zawodowych aktorów – absolwentów europejskich wyższych szkół teatralnych – wystąpiły po raz pierwszy osoby niepełnosprawne, zaproszone po warsztatach artystycznych prowadzonych w zaprzyjaźnionych ośrodkach. "Odkryłam w nich talent, obycie sceniczne spontaniczność i niesamowitą teatralną intuicję" – mówi Renata Jasińska. Teatr Arka to Teatr Integracyjny, czyli taki w którym pracują osoby niepełnosprawne intelektualnie i ruchowo, jako aktorzy i adepci oraz zawodowi aktorzy.

Jest Ona laureatką wielu prestiżowych nagród:
  Zagrzeb (Jugosławia) - Międzynarodowy Festiwal Teatru Lalek - I nagroda za rolę Pinokia (1978),
  Toruń - Fetiwal Teatrów Jednego Aktora - nagroda za rolę Pani w "Pokojówkach" Jeana Genetana (1979)
  Nagroda Biennale Sztuki dla Dziecka w Poznaniu,
  Laureatka Nagrody Miasta Wrocławia (1980r.)

Nagroda Polcul Foundation za działalność artystyczną NTSCiC (1986 r.)
Nagroda Ministra Kultury i Sztuki za osiągnięcia w dziedzinie teatru (2004 r.)

Złoty Medal  – Zasłużony dla Województwa Dolnośląskiego (2013 r.)

Honorowa Odznaka Miłośników Wrocławia (2013r.)

Laureatka konkursu Akcja Akacja, Akcja Dąb "Niezwykły Dolnoślązak" (2013 r.)

Wyróżnieniem i podziękowaniem za  walkę o wolność Polski w latach 1983-1988 i Scene 40 i 4 dla Renaty Jasińskiej (1.03.2016 Piechowice)

24 lipca 2016 z rąk przewodniczącego Solidarności Walczącej, posła Kornela Morawieckiego Dyrektor Teatru Arka Renata Jasińska otrzymała Krzyż Solidarności Walczącej.

Dnia 13.02.2017r. Renata Jasińska - Nowak odznaczona została KRZYŻEM WOLNOŚCI I SOLIDARNOŚCI Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

Dnia 12 grudnia 2017r  Renata Jasińska została odznaczona MEDALEM NIEZŁOMNYCH od Solidarności Dolnośląskiej

Od 2011 członek Rady Kultury Dolnego Śląska.
W 2006 roku zagrała w filmie Filipa Bajona "Fundacja"  matkę chłopca niepełnosprawnego.

Role teatralne poza "Arką" (między innymi):

1 czerwca 1978 - Ollantay czyli balladaę.... Więckowski Andrzej forma twórczości: role   reżyseria: Rettinger Andrzej   teatr: Wrocławski Teatr Lalek, Wrocław

20 grudnia 1980 - Mały Książę Antoine Saint-Exupéry de postać: Mały Książę   reżyseria: Makowiecki Andrzej   teatr: Wrocławski Teatr Lalek, Wrocław

3 maja 1981 - Opowieści Lasku Wiedeńskiego Ödön von Horváth forma twórczości: role   reżyseria: Nurkowski Włodzimierz   teatr: Teatr im. Cypriana Kamila Norwida, Jelenia Góra

13 września 1981 - Sztuczne oddychanie Stanisław Barańczak postać: Mścicielka   reżyseria: Zembrzuski Jacek   teatr: Teatr im. Cypriana Kamila Norwida, Jelenia Góra

19 stycznia 1982 - Kolęda-Nocka Bryll Ernest forma twórczości: asystent reżysera   reżyseria: Obidniak Alina   teatr: Teatr im. Cypriana Kamila Norwida, Jelenia Góra

19 stycznia 1982 - Kolęda-Nocka Bryll Ernest forma twórczości: role   reżyseria: Obidniak Alina   teatr: Teatr im. Cypriana Kamila Norwida, Jelenia Góra

15 grudnia 1984 - Romans z wodewilu Krzemiński Władysław postać: Zocha   reżyseria: Domańska Stefania   teatr: Teatr im. Cypriana Kamila Norwida, Jelenia Góra

27 marca 1985   - Samuel Zborowski Juliusz Słowacki postać: Walkiria I   reżyseria: Obidniak Alina   teatr: Teatr im. Cypriana Kamila Norwida, Jelenia Góra

22 marca 1986   - Antygona Sofokles postać: Jedna z chóru   reżyseria: Dudzińska Irena   teatr: Teatr im. Cypriana Kamila Norwida, Jelenia Góra

18 czerwca 1989 - Pan Termometr Joanna Dobrzańska postać: Bańka I   reżyseria: Dobrzańska Joanna   teatr: Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego, Wrocław

14 grudnia 1990 - Zbrodnia i kara Fiodor Dostojewski postać: Siostra   reżyseria: Rościszewski Krzysztof   teatr: Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego, Wrocław

22 lutego 1991 - Ślub Witold Gombrowicz postać: Dama Lojalna   reżyseria: Makowiecki Andrzej   teatr: Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego, Wrocław

9 czerwca 1991 - Opera za trzy grosze Bertolt Brecht postać: Molly   reżyseria: Błeszyński Jan   teatr: Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego, Wrocław

 

 

Wywiady :

Opis: http://www.fundacjaverum.pl/templates/siteground-j15-104/images/headerimg.jpg     Prawdziwe rozmowy z niezwykłym człowiekiem

Teatr to moja misja

Rozmowa z Renatą Jasińską-Nowak, dyrektorem jedynego w Polsce teatru integracyjnego.

Renata Piątkowska: Na czym polega wyjątkowość Teatru Arka?

Renata Jasińska-Nowak: Teatr Arka to teatr integracyjny, czyli taki w którym pracują osoby niepełnosprawne intelektualnie i ruchowo, jako adepci i zawodowi aktorzy, którzy są absolwentami wyższych szkół teatralnych. Zespół artystyczny ponadto ma charakter międzynarodowy – pracuje z nami francuski aktor i scenograf w jednej osobie. Integracja dotyczy nie tylko zespołu artystycznego, również pracownicy administracyjni i techniczni w części są pełnosprawni, część z nich zaś odznacza się pewnym stopniem niepełnosprawności. Nasz Teatr zatem to idealna integracja.

Skąd pomysł na założenie teatru integracyjnego? Jak to się stało, że Teatr Arka w ogóle powstał?

Przede wszystkim, gdy urodziłam swojego drugiego syna, okazało się, że jest on bardzo chory. Walczyłam o jego istnienie, a potem o jakość życia. I spotkałam się wówczas z odrzuceniem, złym traktowaniem nie tylko przez osoby z zewnątrz, ale też przez lekarzy.  Było mi bardzo trudno. To osobiste doświadczenie sprawiło, że doskonale rozumiem problem mniej lub bardziej ograniczonej sprawności, czy to fizycznej, czy intelektualnej. Dzięki rozwiniętej empatii rozumiem emocje rodziców i to z czym się zmagają. Podobnie rozumiem osoby niepełnosprawne. Pracując ze swoim synem, walczyłam z jego brakami, widziałam to co musi nadrobić – de facto wyciągnęłam go z choroby. Tak jak odczuwałam jego, identycznie odczuwam moich niepełnosprawnych podopiecznych. To jedna przyczyna. Druga jest taka, że kiedy byłam początkującą aktorką, przyjechał do Polski Jérôme Savary, francuski reżyser, którego spektakl „Magic circus” pamiętam do dziś. Na scenie gościła wszelka różnorodność ludzka: karły, niepełnosprawni, profesjonalni aktorzy – wszelkie kolory ludzi. To było fenomenalne, niezwykłe, genialne, wykonane z największym kunsztem i precyzją. Pomyślałam, że jeśli kiedykolwiek w swoim życiu będę robić teatr, to będę chciała robić właśnie taki teatr – prawdziwy, autentyczny.  Bo przecież nie jest tak, że wszyscy ludzie są piękni… A tak w ogóle to co to jest piękno? Pojęcie względne! To jest właśnie najciekawsze, że jesteśmy różni. Wysocy, niscy. Ktoś ma piękną, klasyczną urodę, ktoś ma trudną, niezwykłą, demoniczną. Kobieta może mieć duży nos, a jest w niej coś niezwykłego i przyciągającego, innym razem ma regularne rysy, ale widok jej twarzy umyka w pamięci. Jeszcze kiedy indziej jest w niej światło, bije od niej blask. Średniowieczne trupy teatralne skupiające ludzi różnych stanów, uciekinierów, brzydkich, niekiedy kalekich, co naturalnie też przyciągało publiczność – to stanowiło piękny sposób przedstawienia człowieka.

Co uważa Pani za sukces, swój osobisty sukces i sukces teatru?

Jestem dumna, że dziś Teatr Arka to znakomity zespół, który się pięknie zintegrował. Zawodowi aktorzy potrafią tolerować i pracować z niepełnosprawnymi, a to nie jest łatwe. Ci ludzie zwyczajnie się lubią. Są razem, wspólnie. Ostatnio miałam taką refleksję, podczas spektaklu „Bal u Hawkinga”: moi niepełnosprawni adepci niczym profesjonaliści są na scenie od początku do końca; wyraźnie mówią, znakomicie grają, tańczą. To przeszło moje najśmielsze oczekiwania, sama niekiedy jestem zdumiona – że są aż tak wyprowadzeni z choroby, że ich gra jest na tak wysokim poziomie – oni są prawdziwymi aktorami. Że przez te lata tak bardzo się rozwinęli intelektualnie, emocjonalnie, ruchowo. Oczywiście mają pewne ograniczenia, ale po latach współpracy ich kondycja jest nieporównywalna ze stanem pierwotnym. Mają dyscyplinę, czują odpowiedzialność, jednocześnie potrafią pielęgnować w sobie dziecko, a ich zachowanie jest przy tym naturalne i społecznie akceptowalne. Ludzie pełnosprawni nie zawsze potrafią się tak zachowywać, bo wszyscy są przekonani, że im nie wypada. A tak znacznie łatwiej walczyć ze stresem.

Czy trudno jest być dyrektorem teatru? Szczególnie dyrektorem teatru integracyjnego?

Bardzo trudno, a mówię o tym nie po to, by się żalić. Bardzo bym chciała, by powstawały podobne teatry, bo mielibyśmy z kim rywalizować. Ale to nie jest łatwe i pewnie dlatego takie teatry nie powstają jak grzyby po deszczu. Teatrem trzeba zarządzać, prowadzić wszystkie bieżące sprawy. Oprócz tego również reżyseruję. Ponadto muszę być też trochę terapeutą. Muszę mieć oczy szeroko otwarte i intuicję nakierowaną na wszystkich członków Zespołu, żeby zapobiegać czy rozwiązywać problemy, a o te dość łatwo w integracyjnym zespole. Rywalizują niepełnosprawni z niepełnosprawnymi, ale też z zawodowymi aktorami. Bo to nieprawda, że artystyczna rywalizacja dotyczy wyłącznie profesjonalnych aktorów. Prowadzenie takiego zespołu nie jest proste, ale możliwe. Wymyśliłam sobie, że będzie w teatrze równość, tolerancja, sprawiedliwość i zachowanie, utrzymanie tych wartości wymaga wysiłku. Należy też pamiętać, że niepełnosprawni są niesłychanie delikatni, wrażliwi. W moim teatrze nie ma miejsca na przejawy agresji czy przemocy – tutaj musi być poczucie bezpieczeństwa, rodzina, a jednocześnie dyscyplina. I to wszystko trzeba pogodzić.

Gdyby nie prowadziła Pani teatru, czym by się Pani zajmowała?

Byłabym aktorką. Bo ja uwielbiam grać na scenie. Teraz właściwie zrezygnowałam ze wszystkiego na rzecz prowadzenia teatru. Ale to jest dla mnie pierwszy zawód. Ja to kocham i zazdroszczę swoim aktorom. Jak ja Ci zazdroszczę – powtarzam niekiedy – że Ty grasz… A trzeba pamiętać, że aktorzy to jest taki szczególny rodzaj ludzi, którzy narzekają dwa razy: jak grają i jak nie grają. (Serdeczny śmiech.)

Czym jest dla Pani Teatr Arka?

To jest moje ukochane, duchowe dziecko. To jest moja misja. Moje dzieło. Znalazłam swój sposób na życie. To jest właściwie sens mojego życia. I życzę każdemu człowiekowi, żeby sobie coś takiego w życiu znalazł, czemu się poświęci. Kiedyś myślałam, że granie na scenie będzie tym, co bym chciała robić do ostatnich dni. Ale jednak duże teatry mnie rozczarowywały, ograniczały, bo ja chciałabym inaczej, bardziej twórczo. Chociaż zawód aktora jest przecież niesamowicie twórczy. Teatr Arka to mój teatr, moja rodzina w przenośnym i dosłownym znaczeniu, bo tu jest mój życiowy partner, mój syn, synowa, wnuk. Spędzam tu cały dzień, od rana do późnego wieczora. Aktorzy niekiedy mówią, że wymagam od nich takiego samego zaangażowania, ale zapominam, że nie muszę wracać do domu, by spotkać się z rodziną. To prawda. Ale – wydaje mi się, że niestety bez mojej ciągłej obecności i ogromnego zaangażowania, tak by się to nie rozwijało.

Czego nauczyła się Pani o sobie prowadząc teatr?

Nauczyłam się bardzo wiele. Przede wszystkim opanowywania samej siebie. Ponieważ jak każdy aktor jestem emocjonalnym człowiekiem, bardzo zmiennym i kapryśnym. Tymczasem mając tutaj takich samych ludzi, musiałam się opanowywać, swoje wybuchy złości, niechęci. Musiałam się nauczyć tolerancji dla ludzi, ciepła. Nawet za cenę uszczerbku na swoim ego. Poskromienie swojego ego, które aktor ma bardzo rozwinięte, niekiedy wybujałe, to duże wyzwanie. Mówi się, że wielki artysta to nie zawsze wielki człowiek. Ja też musiałam nauczyć się człowieczeństwa. Musiałam nauczyć się odpowiedzialności, nie tylko za siebie, ale za innych. Tym bardziej, że zawsze byłam jak mała dziewczynka, która w razie potrzeby mogła się skryć pod opiekuńczymi ramionami mamy. A teraz –jako prowadząca teatr – muszę być tą najbardziej odpowiedzialną ze wszystkich. Przestrzeganie zasad to kolejna umiejętność – niby proste sprawy: nie kłamać, dotrzymywać słowa, nie spóźniać się. I skoro wymagam od innych, tym bardziej od siebie powinnam wymagać. Moi podopieczni ufają mi. To ogromna odpowiedzialność. Nie mogę ich zawieść. Niepełnosprawni wiedzą, że jeśli powiedziałam, że tak będzie, to tak właśnie będzie i muszę zrobić wszystko, by nie nadużyć ich zaufania, które wypracowywałam przez lata. Nauczyłam się też konsekwencji. To było dla mnie coś obcego, bo fajnie jest być szaloną artystką, niebieskim ptakiem... Nagle musiałam tę swobodę ograniczyć. Ale wiele otrzymuję i czerpię od swoich podopiecznych, oni dają mi siłę. Czasami, gdy jestem w psychicznym dołku, ale staram się, by nikt tego nie dostrzegł zakładając kolejne aktorskie maski, adepci doskonale wyczuwają mój nastrój i dopytują, pocieszają słowem, gestem. To ogromny zastrzyk energii i mobilizacja do działania. Bo przecież to, co robię, w dużej mierze robię właśnie dla nich. Bo teatr dla nich to jak mąż czy żona, to ich życie. Aktorzy mają swoje rodziny, sprawy prywatne, a niepełnosprawni mają swoich rodziców, od których – zdarza się – uciekają, bo traktują ich jak dzieci, czasem tłamszą, a oni chcą funkcjonować w innym środowisku. Po prostu chcą tu być.

Czy w Pani opinii stosunek do niepełnosprawnych zmienia się?

Troszkę. Troszkę się zmienia.

Co stanowi największy problem?

Największym problemem jest uznanie ich za osoby, takie same jak my. Cóż można mówić o społeczeństwie, jeżeli rodzice żyją z piętnem niepełnosprawności. Rodzi się dziecko niepełnosprawne i  zaczyna się chowanie pod kloszem, ulgowe traktowanie, zabieganie, wyręczanie, litowanie się. Rodzice jednej z moich adeptek mówiąc o niej podkreślają każdorazowo, że jest głęboko upośledzona. To prawda, ma Zespół Downa, ale od lat gra na scenie, uczy się tekstów na pamięć, komunikuje się bez kłopotu. Niepełnosprawnych trzeba uczyć samodzielności i odpowiedzialności.

Dziś człowieka mierzy się miarą testu na inteligencję, a nie bierze się pod uwagę tego, że w człowieku jest jeszcze coś więcej niż inteligencja. Że człowiek ma intuicję, archetypy, coś czego nie do końca jesteśmy w stanie zdefiniować. Niepełnosprawni to mają i ja poprzez teatr staram się to powiedzieć ludziom. W teatrze nie ma niepełnosprawnych. A nasza cywilizacja niestety tak klasyfikuje ludzi. Owszem niepełnosprawni są słabsi. My się potrafimy bronić.

Są inni, ale nie gorsi.

To prawda. Są inni, ale nie są gorsi. Są słabsi. Nie potrafią się bronić. Bo nie mają masek. My umiemy walczyć w codziennej dżungli, znamy zasady poruszania się w społeczeństwie. Oni są wielkoduszni, dobrzy, przez to czasami wykorzystywani. Nie mają systemu samozachowawczego, instynktu życia. Zatracają się w ideach niekiedy, angażują do upadłego. Są pełni poświęcenia i oddania. Ja znam ich granice, wiem kiedy i w jakim tempie mogę je przesuwać. Tym bardziej nie mogę zawieźć ich zaufania. Oni zaś nie mogą tych granic przekraczać w sposób niekontrolowany i żywiołowy. Niekiedy musiałam ich chronić przed nimi samymi.

Jestem teraz bardzo zadowolona i z adeptów niepełnosprawnych, i z profesjonalnych aktorów – to świetni ludzie. Mam znakomity zespół, który chce się dowiadywać o niepełnosprawności, poznawać, obserwować, pracować z takimi osobami. Nie zawsze tak było. Mam nadzieję, że ta chęć będzie zataczać coraz szersze kręgi, o czym świadczy też stale wzrastająca liczba widzów odwiedzających nasz Teatr.

Dziękuję za rozmowę

Renata Piątkowska

http://www.fundacjaverum.pl

♦ Niezależny Teatr „Scena Czterdzieści i Cztery”

Ta pierwsza, w miejsce oka narysowanej przez siebie ryby, kładzie jabłko wysypane z koszyka tamtej zabieganej, gadającej gazetą i telewizją. Głosy i teksty obu aktorek przeplatają się ze sobą, a w pewnej chwili nakładają jeden na drugi, łącząc się w głos wewnętrzny jednego człowieka, w wewnętrzny spór, między jego dobrem i jego złem, prawdą a kłamstwem, nadzieją i brakiem nadziei… To Renata Jasińska-Nowak i Iwona Stankiewicz w spektaklu „Przemiany” i rok 1986.

Już w 1983 Ryszard Kulesza nazwał je kabalistycznie „Scena Czterdzieści i Cztery” a zainspirował ksiądz Jerzy Gniatczyk, ówczesny duszpasterz środowisk twórczych w Jeleniej Górze. Bezpośrednim impulsem było szykanowanie Renaty Jasińskiej Nowak w Teatrze im. Cypriana Kamila Norwida przez nieobsadzanie jej w rolach za czynny udział w działalności NSZZ „Solidarność” a potem w KIK i DLP, przy organizowaniu Mszy za Ojczyznę oraz Tygodni Kultury Chrześcijańskiej. Już po pierwszym spektaklu obie aktorki znalazły się pod opieką działaczy podziemnych struktur jeleniogórskiej „Solidarności” – Andrzeja Piesiaka, braci Romana i Władysława Niegoszów oraz Edwarda Wryszcza. To oni organizowali wyjazdy i transport, byli inspicjentami, stanowili ochronę przed zakusami esbeków. Czasem nawet sami wcielali się w pomocnicze role.

Repertuar Teatru „Scena Czterdzieści i Cztery” otwierają „Księgi Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego” Mickiewicza i spektakl „Każdy umiera w samotności” wg powieści Hansa Fallady traktujący o ruchu oporu w hitlerowskich Niemczech. W 1985 wystawiano „Testament” oparty na kazaniach zamordowanego ks. Jerzego Popiełuszki a w 1986 „Wyznanie Wiary” i „Przemiany” – spektakl oparty na tekstach Ewangelii, Krasińskiego, Sienkiewicza, Szumańskiej i Achmatowej, oraz na „Pamiętniku prządki” z paryskiej „Kultury”, na doniesieniach z prasy codziennej i tekstach z telewizji. Sztuki reżyserował mąż Renaty – Andrzej Nowak.

Teatr „Scena Czterdzieści i Cztery” był prężnie działającym niezależnym teatrem podziemnym nie tylko w Jeleniej Górze, ale także na scenach wielu kościołów całej Polski. W latach 1984-1987 aktorzy występowali w kościołach całej Kotliny Jeleniogórskiej i wielu miastach dolnośląskich. Zapraszani byli przez ważne ośrodki duszpasterskie we Wrocławiu i na Jasnej Górze, w Warszawie, Gdańsku i Poznaniu, w Gorzowie Wlkp., Zielonej Górze i wielu innych. Był gorąco przyjmowany, jak choćby „U Świętej Rodziny” we Wrocławiu, gdzie w kronice tak zapisano:

22 XI 1985 – piątek. Dalej zima. Wieczorem w ramach Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej dwie panie w naszym kościele wykonały recytacje z Adama Mickiewicza „Księgi Narodu Polskiego i Pielgrzymstwa Polskiego”. Obie aktorki ubrane skromnie na czarno, z wygaszonymi światłami, przy zapalonych tylko świeczkach, które trzymały w rękach i oświetlały nimi swoje twarze, to znów wykonywały nimi delikatne gesty. Parafianie, których było około 600 osób, bili długo brawo – kilka razy musiały wychodzić z zakrystii. Wielu ludzi płakało. Było dość dużo młodzieży…

Sztuki te zostały wysoko ocenione przez krytykę i widzów. Ich recenzje ukazały się w pismach „Obecność” i „Kultura Paryska” a osiągnięcia docenione zostały przez Polonię australijską nagrodą Pol-Cult.

Pomimo konspiracji i opieki ludzi z podziemia bezpieka wielokrotnie zatrzymywała zespół uniemożliwiając im prezentacje spektakli. Aktorki wzywano na przesłuchania, grożono. Renata Jasińska-Nowak, na przekór, coraz głębiej wchodziła w niezależne, podziemne struktury, stając się artystycznym głosem młodego, zbuntowanego pokolenia, nie dziwi zatem, że szybko trafiła na aktorską czarną listę, więc wyrzucono ją wraz z mężem z jeleniogórskiego teatru, a pisane przez nich scenariusze wylądowały na biurku samego Jaruzelskiego. W Wojewódzkim Wydziale Kultury zastępca dyrektora p. Nagórny przeprowadził z nimi rozmowę, w której uzasadnił rozwiązanie umowy o pracę nie względami artystycznymi, tylko „zastrzeżeniami natury politycznej, a konkretnie – czynną współpracą z Kościołem”. Była to zresztą argumentacja obojgu małżonkom już znana z rozmów z dyrekcją teatru i osobistych kontaktów ze SB podczas przesłuchań.

Pozbawieni pracy oraz mieszkania służbowego w Jeleniej Górze, mający na utrzymaniu dwójkę dzieci, osiedlili się we Wrocławiu, gdzie Teatr „Scena Czterdzieści i Cztery” występował do 1989 roku. Mimo, że Renata dostała etat we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, niewiele grała. – Byliśmy tam niejako „na przechowaniu”. Miałam z czego żyć, ale artystycznie się nie rozwijałam – wspomina. Na dobre do pracy udało jej się wrócić dopiero po zakończeniu stanu wojennego.

Źródła: teksty własne przygotowane do publikacji w „Encyklopedii Solidarności”, artykuły z pisma „Obecność” nr 16/1986 i 19/1987, „Środowisko teatru w okresie stanu wojennego”, Daniel Przastek, Warszawa 2005, s. 219-224. Dziękuję p. Łukaszowi Sołtysikowi z IPN we Wrocławiu za udostępnienie materiałów i cenne wskazówki.

http://wielka-solidarnosc.pl/?p=2335

 

Renata Jasińska – społecznik magiczny

Gdy zajrzeć w dzieciństwo dyrektor wrocławskiego Teatru Arka, laureatki zeszłorocznej nagrody Niezwykły Dolnoślązak, to można znaleźć dwie ważne rzeczy. Magię i śmierć. Bo jako pięciolatka była świadkiem morderstwa niepełnosprawnej, a jako dojrzała kobieta zrobiła z tego sztukę.

A wszystko zaczyna się w Poznaniu. Tam matka Renaty Jasińskiej spotkała ojca. Ona miała za sobą doświadczenie obozu koncentracyjnego, bicia do nieprzytomności i porzucenia przez esesmanów na mrozie, a on pracy w konspiracji – oblepiony meldunkami przekradał się Niemcom pod nosem z jednej miejscowości do drugiej.

Baśń, magia, śmierć i ucieczka

Renata urodziła się osiem lat po wojnie i chłonęła tę atmosferę konspiracji, walki o Polskę i spraw fundamentalnych. Te doświadczenia, tragiczne wspomnienia nieskrywane przez otwartych rodziców, wzbudziły w niej potrzebę działania i buntu. – Nie mogłam zrozumieć, jak rodzice mogą godzić się na to, żeby kraj został w rękach sowietów. Teraz wiem, że byli udręczeni i chcieli po prostu odpocząć w normalności – opowiada szefowa Arki.

To poczucie głębokiej niesprawiedliwości spowodowało jednak, że mała Renatka uciekła w baśnie i magię. Magię wsi – gusła, modlitwy, lamenty, dziady i obrzędy. Do dziś pamięta przerysowaną obrzędowość, gdy wieś żegnała obraz Maryi rozdramatyzowanym pochodem. To były pierwsze spektakle, które przyszło jej oglądać.

To, i pogrzeby. Fascynowała ją śmierć. Jako pięcioletnia dziewczynka zakradała się do izb sąsiadów, którzy żegnali swoich bliskich i urzeczona patrzyła na ciała! Po nocach nie spała, młodziutka głowa parowała strachem, ale rodzicom nie powiedziała, dlaczego krzyczy przez sen. Wtedy odebraliby jej te spektakle.

– Jedno wydarzenie związane ze śmiercią uderzyło mnie szczególnie – wspomina Renata Jasińska. – Przypomniałam je sobie dopiero niedawno, gdy szykowałam spektakl. Wróciło do mnie wspomnienie, które wyparłam, a które było ze mną podświadomie przez wszystkie lata i nadawało ton moim działaniom. Byłam świadkiem tragicznej śmierci – dodaje.

Jako pięciolatka zakradła się na podwórze sąsiadów, u których żyła 20-, 30-letnia niepełnosprawna intelektualnie dziewczyna. Drwiła z niej cała wieś, prześladowały gromady dzieci, a rodzina kazała jej spać w oborze ze świniami. Chodziła brudna, bosa, zmarznięta i z czarnymi od gnoju, który całymi dniami przerzucała, paznokciami. Dla małej Renatki fascynująca. Gdy pewnego dnia znów podglądała ją przy pracy, zobaczyła, że z domu wyszli ludzie i najpierw zaczęli jej coś tłumaczyć, potem coś krzyczeć, a potem bić widłami. Najpierw na odlew, potem na sztorc. Było pełno krwi. Kilka dni później dziewczyna zmarła.

– To doświadczenie wzbudziło we mnie poczucie winy. Byłam dzieckiem, nie mogłam zrobić nic, by tę dziewczynę ratować, ale wtedy wydawało mi się, że powinnam, że w jakiś tam sposób brałam w tym udział– mówi szefowa Arki. – Zakradłam się potem do izby, w której leżało jej ciało. Pamiętam, że była w końcu taka czysta. Uwierzyłam wtedy, że śmierć tak człowieka czyści.

Arka – łódź do prawdy

Czym dziś zajmuje się Renata Jasińska? Prowadzi we Wrocławiu Teatr Arka, w którym pełnosprawni i niepełnosprawni grają ramię w ramię. I to zawodowo – to jedyne takie miejsce w Polsce. Sama 20 lat temu je stworzyła. Na początku miał być to po prostu trochę inny, bardziej autentyczny teatr. Zakładała go w 1994 roku, bo miała już dość polityki i szefowania związkowi zawodowemu we wrocławskim Teatrze Współczesnym.

– To była udręka, bo chciałam dogodzić wszystkim, ciągle chodziłam do dyrekcji po pieniądze dla aktorów, a apetytów części z nich nie dało się zaspokoić. Nie grałam też głównych ról, żeby nie można było podejrzewać, że dostaję je ze względu na pozycję w związkach. Udręka. W końcu powiedziałam „dość”! – opowiada.

A zaczęło się od walki o wolność. Jasińska jeździła z przedstawieniami niepodległościowymi po kościołach. Poznała Michnika i Kuronia. Na Jasnej Górze występowała przed czternastoma tysiącami studentów! Dziś wspomina, że to było najbardziej autentyczne doświadczenie wspólnoty, najprawdziwszej, sięgającej dna duszy sztuki, przekazu, którym żyli wszyscy widzowie. Nie było krzesełek, biletów, niewyciszonych komórek. Jak ona klęczała, to tłum klęczał, gdy ona płakała, to i cały kościół szlochał.

– Chyba właśnie tego szukałam w Arce. Bo praca w związkach to był już kapitalizm, męka – zastanawia się dziś nad decyzjami przeszłości. – I tu to znalazłam. W niepełnosprawnych intelektualnie, w ludziach z chorobą Downa. Znalazłam też pewnie to, czego szukałam od czasu tej tragicznej śmierci wiejskiej dziewczyny, którą w swoim spektaklu nazwałam Helką.

Arka w pierwszych latach działalności przebijała się przez kłopoty finansowe. Do czasu, gdy jej szefowa nie odkryła, jak może połączyć swoje społecznikowskie zacięcie z artystyczną duszą. Napisała opartą na faktach sztukę o śmierci licealistki, którą zabiły koleżanki z klasy. Świetne recenzje, mnóstwo widzów, szał na festiwalach. I tak Arka obrała kurs na teatr zaangażowany społecznie. Kolejny przełom dokonał się w roku 2003. Wtedy to Renata Jasińska przeczytała „Poczwarkę” Terakowskiej i „Celę” Sobolewskiej. Na podstawie tych książek napisała spektakl, w którym jedną z głównych ról zagrała Teresa Trudzik, dziewczyna z chorobą Downa. Tereska jest z teatrem do dziś i potrafi na ważnym spotkaniu dotyczącym organizacji we Wrocławiu Europejskiej Stolicy Kultury wstać i wszystkim ważnym powiedzieć o prawach i potrzebach niepełnosprawnych. O wykluczeniu. Taki jest cel działalności teatru?

– Nie tylko – kiwa głową Renata Jasińska. – Ja widzę w tych ludziach coś więcej. Oni mają jakiś romantyczny kontakt z transcendentem. Ludzie mogą pomyśleć, że ja jestem wariatka, ale oni rozmawiają z duchami, z Bogiem, tak normalnie. Ktoś z nimi chodzi. Myśmy zatracili tę umiejętność komunikowania się z tą bardziej zawoalowaną, niepewną częścią rzeczywistości. Z innym wymiarem. To chcę na scenie pokazać.

Wszystko możliwe, ale z opóźnieniem

I wydobywa. W teatrze, którego biura mieszczą się w starej kamienicy, w warunkach poddaszowych. Komputery stoją na starych, skrzypiących melodię przeszłości meblach, a podłogi jęczą pod krokami, jakby dźwigały już dwudzieste, trzydzieste pokolenie.

W takich warunkach Renata Jasińska zdobyła tytuł Niezwykłej Dolnoślązaczki. Dostała go za to, że prowadzi jedyny w Polsce zawodowy teatr integracyjny. Uzasadnienie nagrody brzmi tak: „łącząc rolę aktorki, reżyserki, scenarzystki oraz dyrektorki teatru, będąc jego spiritus movens odważnie i z rosnącym powodzeniem rozszerza zakres działalności artystycznej (…), daje możliwość mierzenia się z problemami związanymi z niepełnosprawnością – nie tylko poprzez przekraczanie kolejnych barier”.

– Najbardziej cenię w niej pasję i wizjonerstwo – gdyby nie te jej cechy, „Arka” nigdy nie wypłynęłaby na szerokie wody; ba! – od razu po „zwodowaniu” osiadłaby na mieliźnie: wszak Renia tworząc ją, nie miała absolutnie nic, a kapitał początkowy wynosił, o ile się nie mylę, dwa tysiące złotych – mówi Zofia Warzyńska-Bartczak, kierownik literacki teatru.

Według niej nikt nie wierzył, że możliwe jest, by teatr, którego połowę załogi stanowią ludzie z różnego typu niepełnosprawnością, mógł konkurować z profesjonalnymi teatrami. A czy szefowa ma jakieś wady? – Jej wady stanowią zarazem jej siłę. To choćby nieprzyjmowanie do wiadomości czegoś, co jest nie po jej myśli. Dzięki nieustępliwości osiągnęła niemożliwe. Innym jej rysem charakterystycznym jest wybuchowość, ale i ta cecha, choć bywa przykra dla otoczenia, ma także swoją drugą stronę: to dążenie do z góry założonego celu i niegodzenie się na bylejakość – wyjaśnia Zofia Warzyńska-Bartczak.

Inną jej wadą jest spóźnialstwo. Alexandre Marquezy, aktor, który przyjechał z Francji szukać w Polsce nowych form teatralnych, a które znalazł właśnie w Arce, twierdzi, że wynika ono z zainteresowania człowiekiem i rozmową.

– Często jest tak, że pani dyrektor zapamiętuje się w rozmowie, zapomina wtedy o czasie i gdy na zewnątrz jej gabinetu czeka już kolejna osoba, ona jest jeszcze w środku dyskusji z poprzednią – śmieje się Alexandre Marquezy. Ale zaznacza też, że w tych zawsze przeciągających się rozmowach przejawia się to, co on ceni w niej najbardziej. Szaleńcze przekonanie, że wszystko jest możliwe.

http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosc/967615.html

Galeria