Ostatnią w tym sezonie artystycznym premierą wrocławski Teatr Arka zaskoczył chyba wszystkich, którzy przynajmniej trochę orientują się w poetyce sceny przy Menniczej. Od razu zdradzę, że zaskoczył niezwykle pozytywnie.
ADVERTISEMENT

Widzowie, przyzwyczajeni do prezentowanych tam spektakli z pogranicza traumy i martyrologii, w piątkowy wieczór doświadczyli w Arce czegoś, przed czym dotychczas teatr ten wzbraniał się zupełnie niepotrzebnie - spazmatycznego śmiechu i ogromnej euforii. Ściany (a przede wszystkim jedna z nich) z pewnością z trudem zniosły decybele, którym poziom wyznaczała Renata Jasińska-Nowak - przede wszystkim znakomita aktorka teatralna. To ona bowiem zdecydowała się wystąpić w roli tytułowej bohaterki sztuki Willy’ego Russella pt. „Shirley Valentine”, tworząc kreację wyśmienitą - przepełnioną nie tylko zaznaczonym już komizmem, ale także głębokim tragizmem. Reżyserii przedstawienia podjęła się Agata Obłąkowska-Woubishet, aktorka od lat związana z Arką. Debiutująca reżyserka i dojrzała aktorka stworzyły widowisko, które od samego początku nie tylko urzeka swoją prostolinijnością (w dobrym tego słowa znaczeniu), przyjazną, starannie przemyślaną scenografią, ale również trudną do opisania magią. To ona sprawia, że publiczność mimowolnie wpada w trans i zapomina natychmiast o pozateatralnym świecie, choć problemy przedstawione na scenie będą jego częścią. Znajomość fabuły przedstawienia potęguje chęć jego zobaczenia zwłaszcza wśród tych, którzy wiedzą (lub przynajmniej domyślają się), że Renata Jasińska-Nowak, na co dzień chowająca się za pesymistyczną czernią, potrafi nie tylko płakać na zawołanie, ale i eksponować swoją komediowość, żeby nie powiedzieć - przebojowość. Długo kazała czekać widzom swojego teatru na przedstawienie, w którym jako aktorka będzie mogła pokazać pazur. Stało się. I bardzo dobrze! W moim odczuciu to dla niej samej swoiste katharsis - niezbędne, by godnie toczyć konieczną walkę.
pomiń >>

Sztuka brytyjskiego dramaturga znana jest widzom na całym świecie. Popularnością cieszy się również w naszym kraju. Ze względu na swój egzystencjalny charakter, ludzki przekaz, filozoficzną refleksję bije rekordy oglądalności. Jest także, co tu kryć, źródłem doskonałego humoru, choć trzeba mieć świadomość, że w tym przypadku śmiech miesza się ze łzami. Bohaterką spektaklu Obłąkowskiej-Woubishet jest kobieta w średnim wieku, która dokonuje rozrachunku z przegranym (poniekąd) życiem. Życiem kury domowej. Ścianie, która jest jej jedyną wierną słuchaczką, opowiada o bolączkach swojej egzystencji. To z dobrze skrojonego monologu widzowie dowiadują się, że Shirley rozczarowuje się mężem, dla którego najwyższą wartością jest mięso mielone. Z czasem, z powodu wszechogarniającej samotności, popada w stany depresyjne, zaczyna popijać wino, żeby nie rzec - stopniowo wpada w alkoholizm. Kiedy wydaje się, że już nic interesującego w jej życiu zadziać się nie może, koleżanka - zdradzająca feministyczne podejście do spraw damsko-męskich - zaprasza ją na wycieczkę do Grecji… Przyjmuje zaproszenie, ale zabiera w podróż również publiczność, która wraz z nią zachwyca się śródziemnomorskim pejzażem (i nie tylko) i staje się świadkiem jej swoistej metamorfozy i wyzwolenia. Choć bohaterka inscenizacji balansuje na pograniczu pesymizmu i optymizmu, Jasińska nie czyni z niej w żadnym razie kobiety ponurej. Wręcz przeciwnie, aktorka, która świetnie potrafi bawić się rolą, nie wprowadza publiczności w zakłopotanie. O doświadczeniach swojej bohaterki mówi z kpiną, dystansem, ale zdarza jej się przy tym gorzko zapłakać (tylko po to, by zaraz wybuchnąć zaraźliwym śmiechem). Kiedy pojawia się błysk w jej oku, wiadomo już odzyskała dawną siebie, że jest znowu młoda. Człowiek nie starzeje się duchem, tylko ciałem. W życiu chodzi przede wszystkim o to, by nie przestawać marzyć i nie pozwolić na zabicie w sobie dziecka. Młodość to naiwność. Naiwność to furtka do marzeń. Marzenia są zaś siłą sprawczą. Jasińska bez żadnego wysiłku na oczach widzów doprowadza Shirley do przemiany - nie tylko poglądowej, ale i fizycznej - z przerysowanego kocmołucha (kostiumy dopełniają, a nawet zastępują, słowo) czyni ją pełnowartościową, akceptującą swoją cielesną dojrzałość kobietę. Aktorka z pełną świadomością operuje teatralnymi środkami wyrazu, sceniczne czynności wykonuje z niezwykłą precyzją, jest pewna swojego warsztatu, gotowa, w razie potrzeby, do improwizacji. Z roli bije naturalność i prawda - nic piękniejszego na scenie zadziać się nie może. Jasińska opowiada zwyczajną historię bez zbędnego patosu i sztucznego artyzmu, mając świadomość, że grana sztuka nie jest przestrzenią dla wygórowanej metafizyczności i metaforyczności. Co ważne, tym razem aktorka udowodniła również, że potrafi być kobietą współcześnie odważną i, czemu dała wyraz choćby w scenach orgazmu. Stworzenie fenomenalnej kreacji w nieskomplikowanej tragikomedii jest naprawdę zasługą kunsztu.

W roli Shirley Velntine nie widzę w tym momencie żadnej innej wrocławskiej aktorki. Jasińska zafundowała publiczności ciekawe doświadczenie - pokazała się z innej strony. Podjęła trud, ale sprostała wyzwaniu. Pozostaje mieć nadzieję, że Shirley Valentine pchnęła Renatę Jasińską do osobistej przemiany, że pozwoliła jej uwierzyć w kolorowy świat i otrząsnąć się z przykryć przeżyć, że jest wstępem do nowego życia. Niewykluczone, że przedstawienie, do obejrzenia którego szczerze zachęcam - dla pogody ducha, z dbałości o zmarszczki i hormony szczęścia, zapoczątkuje we wrocławskim Teatrze Arka erę interesujących monodramów, w których widziałbym nie tylko wspaniałą aktorsko Renatę Jasińską, ale i, o czym wspominałem już wielokrotnie, Macieja Sosnowskiego. Wcale niezły byłby również duet tych dwojga!