Dyrektor Teatru Arka Renata Jasińska

O projekcie "Jesteś my" - Rozmowa z Renatą Jasińską - Kurier

Fundacja Artystów Niepełnosprawnych i Pełnosprawnych JESTEŚ MY

O projekcie "Jesteś my" - Rozmowa z Renatą Jasińską - Kurier

Rozmowa z Renatą Jasińską, dyrektorką wrocławskiego Teatru Arka, aktorką, autorką scenariuszy i reżyserką.

Anna Paluch: - Jest Pani pomysłodawczynią festiwalu, który obejmował spektakle związane zarówno z judaizmem, jak i chrześcijaństwem, łączył ze sobą dwie kultury. Czemu zdecydowała się Pani na taką tematykę?

Renata Jasińska: - Koncert był próbą zmierzenia się z trudnym tematem wielokulturowości, który jest rzadko podejmowany w Polsce. W naszym kraju wciąż niewiele mówi się o kulturze żydowskiej, a ona jest wspaniała. Była piękną barwą Polski, tęsknię za tym. Tę fascynację obudziła we mnie moja mama, która była lwowianką. Mówiła, że Lwów był piękny swoją wielokulturowością. Można było pójść rano do żydowskiego sklepiku i kupić sobie ciepłe bułeczki. Ona, jako mała dziewczynka, do takich sklepików biegała, a kiedy przychodziła wcześnie rano, dostawała czasem produkty za darmo, bo sprzedawcy wierzyli, że pierwszy klient przyniesie im szczęście. To było piękne. Poza tym jestem bardzo wrażliwa na inność, bo Arka to teatr integracyjny, w którym pracują zarówno osoby niepełnosprawne umysłowo, jak i zawodowi aktorzy. Z osobami niepełnosprawnymi pracujemy także na warsztatach arteterapii.

Logo naszego teatru przedstawia łódeczkę. Ona jest malutka i chybotliwa, ale płynie dalej, zabierając różne osoby, niepełnosprawnych, Żydów, ludzi różnych narodowości. Obecnie pracują z nami także Niemka i Francuz. I ta łódeczka potrafi ich wszystkich pomieścić i płynąć. Dążymy do tego, żeby była taką Arką Przymierza.

- Spektakle wystawione podczas Koncertu Kultur powstały w trakcie warsztatów przygotowanych przez aktorów z Arki w ramach projektu pod hasłem "Jesteś MY". Jakie znaczenie niesie ze sobą ten dziwny tytuł?

- On jest próbą zwrócenia uwagi na drugiego człowieka, pokazania, że on jest ważny. Ci inni to ludzie wokół nas, Żydzi i Chrześcijanie, osoby niepełnosprawne i innego koloru skóry. Wszyscy oni są ważni i interesujący. Próbujemy budować taką europejską ojczyznę. Tu jest Polska, ale na Polskę składa się wiele kultur, a my wciąż o tym zapominamy. Gdybyśmy zbadali Polaków, to zdziwilibyśmy się, jak wiele płynie w nas krwi innych narodów i kultur. Na przykład moimi przodkami ze strony mamy są nie tylko Polacy, ale i Węgrzy, i Ukraińcy, a pradziadek był Żydem. Ze strony ojca mam natomiast jakieś dalekie korzenie niemieckie. W innych krajach jest podobnie. Nie tylko Polacy są zlepkiem wielu kultur. Warto w taki razie zapytać, ile lat trzeba żyć na tej ziemi, żeby móc nazywać się Polakiem? Podejmujemy ten temat w jednym z naszych spektakli. Przecież Żydzi mieszkali tu od 800 lat! Są zatem Polakami.

- Wiele spektakli podejmowało tematykę religijną. Jak radzą sobie z nią niepełnosprawni aktorzy?

- Świetnie odnajdują się w metafizyce, dlatego że żyją trochę jak w bajce. Im jest łatwiej wejść w metafizykę niż nam, bo my jesteśmy zakażeni niezdrowym relatywizmem, zastanawiamy się, czy Bóg istnieje. A oni po prostu wierzą, że On jest, i to jest w nich piękne. Zresztą niepełnosprawni odnajdują się w każdej tematyce. My czasem nie potrafimy znaleźć się w innej rzeczywistości, a oni radzą sobie z tym bez problemu, bo są mocno nastawieni na ludzi i żyją teraźniejszością, tu i teraz.

- Czym różni się sztuka osób niepełnosprawnych i pełnosprawnych, teatr, który tworzą?

- Główna różnica tkwi w autentyczności. Niepełnosprawni nie grają, oni są na scenie cali. Inaczej traktują też rzeczywistość, w odmienny sposób do niej podchodzą. Zawodowemu aktorowi bardzo trudno jest zapomnieć na scenie o swoim życiu, rodzinie, pieniądzach i innych rzeczach. Musi bardzo się postarać, żeby osiągnąć taką autentyczność i prawdę. Idąc do teatru, chciałabym zobaczyć aktora, który wierzy w to, co gra. U zawodowych aktorów to zdarza się rzadko, a u niepełnosprawnych niezwykle często. W Arce jedni w drugich wchodzą. To jest niesamowita integracja. Aktorzy zawodowi uczą się od niepełnosprawnych i odwrotnie. Takie połączenie sprawia, że atmosfera przechodzi później na widza. To jest niezwykły teatr, nie można tego zobaczyć gdzie indziej.

- Czego uczą się od siebie aktorzy zawodowi i niepełnosprawni?

- Zawodowi aktorzy uczą się od niepełnosprawnych prawdy, tego, że można każdy dzień traktować radośnie, co dzień się uśmiechać. Ważna jest też odpowiedzialność, bo niepełnosprawnymi trzeba trochę się opiekować. Jestem za to pełna podziwu dla aktorów. Niepełnosprawni naśladują aktorów, chwytają wszystko, poprawiają dykcję, uczą się grania i poruszania się na scenie, ubierania. Przejmują styl bycia zawodowych aktorów. Przywiązują się też do nich bardzo. Kiedy dwoje odeszło z naszego teatru w tamtym sezonie, to niepełnosprawni za nimi płakali. Oni traktują teatr jak rodzinę. Dlatego u nas atmosfera różni się od tej, jaka panuje w teatrze państwowym. Nie może być inaczej, bo niepełnosprawni muszą czuć się komfortowo i wiedzieć, że są tu potrzebni.

- Co przysparza najwięcej trudności w pracy z niepełnosprawnymi aktorami?

- Trzeba ich opanować, oni są bardziej wrażliwi, mniej odporni psychicznie, więc potrzebują bardzo dużego poczucia bezpieczeństwa. Kiedy coś jest nie tak, oni to czują. Na przykład kiedy jestem zdenerwowana, ale uśmiecham się i nie pokazuję tego po sobie, zawodowi aktorzy tego nie zauważają, a niepełnosprawni po prostu czują, podchodzą i pytają: "Renata, co się dzieje?". Dlatego między aktorami nie może być negatywnych emocji, nawet jeśli się kłócimy, sprzeczamy, to musimy to załatwiać od razu, wybaczać sobie, żeby nie psuć atmosfery. To jest pewna trudność. A poza tym niepełnosprawni muszą więcej pracować, dłużej powtarzać, żeby tekst wszedł im w krew. Czasem narzekają, mówią: "Renata, ja już nie mogę!", a ja im tłumaczę, że muszą. To jest trudne, ale oni godzą się z tym. Najtrudniej jednak jest opanować ich rodziców, bo oni ich trochę rozpieszczają, traktują jak dzieci. A my w Arce traktujemy ich jak dorosłych ludzi. W teatrze zapominam, że oni są niepełnosprawni. Nie mogę ich traktować jak dzieci, bo oni wtedy nic nie zrobią. Nauczona doświadczeniem życiowym wiem, że jeżeli człowiek podnosi sobie poprzeczkę i jest pozytywnie nastawiony, to może bardzo wiele zrobić. A kiedy mówi mu się: "ty jesteś chory, nie dasz rady", to jest mu bardzo ciężko odzyskać siły i coś stworzyć. Z jednej strony rodzice cieszą się postępami dzieci, ale z drugiej nie mogą się pogodzić z tym, że one stają się wolne. Trudno pogodzić się z wolnością drugiego człowieka, którym całe życie się opiekowało. I kiedy rodzice mówią: "moje dziecko nie da sobie z tym rady", to my odpowiadamy: "nieprawda". I niepełnosprawni chcą tu przychodzić.

- A co zyskuje widownia, oglądając integracyjny spektakl?

- Widzowie uczą się po prostu, że niepełnosprawny nie znaczy gorszy, że jest po prostu inny i że ta inność jest ciekawa. A przede wszystkim są zszokowani i mówią: „to niemożliwe, jak wy to robicie?”. Widownia przeżywa nie tylko to, że niepełnosprawnym granie nie sprawia problemu, ale też tę integrację, to, że można tak się połączyć, zaakceptować inność. Te spektakle to nie tylko teatr, one mają także bardzo duży wydźwięk społeczny.

Kurier Dolnośląski Anna Paluch
12.01.2011