Dyrektor Teatru Arka Renata Jasińska

Oskar i Pani Róża, Nowa Siła Krytyczna

Fundacja Artystów Niepełnosprawnych i Pełnosprawnych JESTEŚ MY

Oskar i Pani Róża, Nowa Siła Krytyczna

W teatrze można zrobić dobre przedstawienie bez efektownych zabiegów formalnych - o "Oskarze i Pani Róży" w reż. Dariusza Taraszkiewicza w Teatrze Arka we Wrocławiu pisze Tobiasz Papuczys z Nowej Siły Krytycznej. "Oskar i Pani Róża", powieść Erica Emmanuela Schmitta, nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Przeczytałem ją obojętnie. W moim odczuciu to tekst bez zbytnich walorów literackich, a i sama opowiedziana przez Schmitta historia nie wzbudziła mojego zachwytu. Podobne wrażenia miałem po obejrzeniu "Oskara" - spektaklu Teatru Telewizji w reżyserii Marka Piwowskiego. Nie muszę więc mówić, że na najnowszą premierę Teatru Arka szedłem w nastroju naznaczonym mimowolnym sceptycyzmem. Wątpiłem, że z tego tekstu można w teatrze cokolwiek ciekawego wydobyć. I bardzo się tym razem pomyliłem.

Poznajemy historię Oskara (w tej roli Leonid Zemtsow), dziewięcioletniego chłopca, który jest nieuleczalnie chory.
Cały jego świat to szpitalne łóżko. Bohater opowieści, namówiony przez panią Różę (Renata Jasińska), postanawia doświadczyć życia w całości. Zdaniem lekarzy zostało mu jednak tylko dwanaście dni. Nie zamierza ich zmarnować. Każdy dzień traktuje jak dekadę. Uruchamia swoją wyobraźnię, która pozwala mu każdą chwilę przeżywać intensywniej.

Przy budowaniu spektaklu reżyser Dariusz Taraszkiewicz posłużył się bardzo oszczędnymi środkami. Kameralna scena. Na samym jej środku bujany fotel, w którym siedzi pani Róża. Nie widzimy jej. Mebel przykryto czarnym suknem, w ten sposób zasłaniając sylwetkę siedzącej. Poza przestrzenią sceny, przed rampą ustawiono szpitalne łóżko, w niewielkiej odległości od widowni, na wyciągniecie ręki. To łóżko jawi się wyraźnie jako centrum działań. W tym miejscu właśnie zaczyna się każda scena, każda też się kończy. Siła spektaklu oparta jest bowiem na postaci Oskara. To główny bohater zawiązuje początek każdej relacji i decyduje, kiedy ją zakończyć. To on z pomocą własnej wyobraźni jest kreatorem swej historii.

W pierwszej scenie Oskar budzi się. W piżamie i czapce (która maskuje brak włosów), z zeszytem w ręku, pisze list do Boga. Widz jest wprost uderzony bardzo realistyczną, poruszającą grą nastoletniego aktora, dla którego jest to sceniczny debiut. Reżyser bardzo dobrze go przygotował i poprowadził. Jego ekspresja w mniejszym stopniu odbywa się na poziomie słownym. Tekst, który wypowiada, jest mocno dookreślany poprzez ruch. Aktor co chwila podnosi się, wstaje i opada na łóżko. Jego ruchy są nerwowe, ale przy tym nacechowane szczerością. Bardzo wiele wyraża też spojrzeniem - żywym, często pełnym radości przeplatanej z niepokojem. Snuje narracje do publiczności, skutecznie stara się budować więź z widownią. Kontrastowo do niego przedstawione są pozostałe postacie. Pani Róża, której głos słyszymy zawsze chwilę wcześniej, niż możemy zobaczyć jej sylwetkę, jest mocno odrealniona. Wyłania się zwykle z ciemności, w jaskrawoczerwonym kostiumie. Postać z wyobraźni, w sposobie bycia niczym dobra wróżka. Pozostali pacjenci - dzieci, które mają szansę wyzdrowieć, zostały wyraźnie oddzielone. Poruszają się głównie w przestrzeni sceny, do Oskara schodzą tylko na jego wyraźne zaproszenie. On ich przywołuje. Jest więc miejsce na niedopowiedzenie - czy są to postaci dla bohatera wyimaginowane, czy może w ten sposób reżyser pokazuje granicę między nieuleczalnie chorym a dziećmi, które mają nadzieję na dalsze życie. Pewnie jedno i drugie, gdyż opozycja dwóch odrębnych światów jest w tym przedstawieniu wyraźnie zaznaczona. Podkreśla to światło. Oskar i jego łóżko, czyli jego rzeczywistość jest pokazana w jasnym, silnym, wyraźnym świetle. Postacie, dla których głównym miejscem działań jest scena oświetlani są ciepłym, onirycznym światłem, sprawiającym, że momentami nie są zbyt widoczni.

Znakomicie zbudowano napięcie dramaturgiczne. Początkowe sceny są długie i realistyczne. Im dalej postępuje fabuła, im bliżej "końca", rytm przedstawienia nabiera tempa. Z długich obrazów spektakl przechodzi w coraz krótsze, nerwowe, urywane. Z realizmu w impresję i poetykę snu. Kulminacją tego jest scena bólu, w której bohater jest tylko chwilami widoczny, na przemian otacza go światło i ciemność. Ale to wszystko nie powoduje przerażenia, raczej wzruszenie obudowane ciepłym humorem wydobytym z tekstu Schmitta. Życzliwe Oskarowi postaci pojawiają się nad nim w tych chwilach, towarzyszą mu w cierpieniu, ale nie z wyrazem smutku na twarzach, a ze zrozumieniem - zupełnie jakby chciały powiedzieć, że Bóg jest (też) w ludziach.

Spektakl Taraszkiewicza, jest bez wątpienia przedsięwzięciem udanym. Używając prostych środków, znaków na poziomie elementarnym, reżyser sprawia, że bardzo wiele odbywa się w wyobraźni widzów i aktorów. Buduje poczucie bliskości i porozumienia. Punkt ciężkości swojej pracy opiera na aktorstwie. Pokazuje, że w teatrze można zrobić dobre przedstawienie bez efektownych zabiegów formalnych. Nie eksperymentuje, nie szuka nowych środków wyrazu, mimo że we współczesnej reżyserii trwa wyścig na poszukiwanie nowego teatralnego języka, na przełamywanie starych, zdaniem niektórych zupełnie wyczerpanych już konwencji. Skupia się na operowaniu nastrojem, niedopowiedzeniem i przekazywaniem sensów. I udowadnia, że taki teatr jest nadal zasadny i tym samym potrzebny.

Tobiasz Papuczys
Nowa Siła Krytyczna
24.03.2009
źródło: www.e-teatr.pl