Dyrektor Teatru Arka Renata Jasińska

Przygody małego M., Teatralia

Fundacja Artystów Niepełnosprawnych i Pełnosprawnych JESTEŚ MY

Przygody małego M., Teatralia

Gombrowiczowi wbrew

Jako dziecko nie lubiłam teatru. Preferowałam kino. Podejrzewam, że chodziło o jawnie wyczuwalne oszustwo mające miejsce na deskach teatru dziecięcego. Spektakle usilnie próbowały zamarkować rzeczywistość, więc wstawiano na scenę kartonowe drzewa, imitacje domów, rzek, ulic. Kłamstwo tak nieznośnie oczywiste, że nawet najmłodsze dziecko je wyczuje. Jako starsza dziewczynka polubiłam teatr za jego umowność, za to, że filmowe historie z życia zastępuje się znakami teatralnymi. Tego nie było wtedy w teatrze dziecięcym, do którego miałam dostęp. Obecnie już jest. Przykładowo, Teatr Arka swój najnowszy spektakl, "Przygody Małego M.", zrobił z dużym szacunkiem dla najmłodszego widza. Nie ma kartonów, są znaki - proste, ciekawe, czytelne. Wychowujące dzieci do teatralnej umowności.

Historia jest oparta o "Przygody Mikołajka" Goscinnego, inspirowana po części "Małym Księciem" de Saint Exupery'ego. Pomysł na połączenie tych dwóch światów był rewelacyjny. Oto grupa dorosłych osób - przedstawicieli różnych płci, zawodów, klas społecznych - w ramach eksperymentalnego programu leci w kosmos. Po przybyciu wszyscy zamieniają się w klasę szkolną. Jak u Gombrowicza - dorośli ludzie zostają zmuszeni do zmierzenia się z problemami uczniów. O ile jednak u Naczelnego Szydercy Rzeczypospolitej zderzenie to było destrukcyjne, w spektaklu Teatru Arki jest budujące. Okazuje się, że podążanie za myślą zawartą w "Małym Księciu", że spojrzenie dziecka mogłoby dużo wnieść w świat osób dorosłych, jest tropem zaskakująco świeżym. W tle słyszymy monologi o wojnach, pieniądzach i innych awanturach dojrzałej części społeczeństwa. O tym, że dzieci są przez dorosłych lekceważone. O tym, że owi dorośli są zwyczajnie głupi. Dla pełnoletnich członków wyprawy kosmicznej zamiana w dzieci okaże się niezwykle konstruktywna. Wrócą na ziemię pełni dawno wypartej naiwności, infantylności i radości życia, która pozwoli im stać się dobrymi ludźmi, przestać niszczyć, zacząć budować.

Spektakl iskrzy się humorem - prostym, zrozumiałym dla kilkuletnich dzieciaków i tym mrugającym okiem do starszej części widowni, jednak trzymającym się dobrego tonu, bez seksualno-fekalnych podtekstów znanych ze "Shreka". Zamysł inscenizacyjny jest wprost cudowny. Scena zorganizowana jest jako wielkie łóżko, wraz z wkroczeniem ziemian spada na nią stos poduszek, na linkach wiszą krowy, sugerujące, że znajdujemy się gdzieś w okolicach Drogi Mlecznej. Rzecz dzieje się więc ni to w gigantycznej sypialni, ni to w klasie szkolnej, ni to na Księżycu. Nie ma potrzeby budować na scenie sztucznych kraterów, zastosowane znaki teatralne są aż nadto czytelne. Ubrani w szkolne mundurki aktorzy grają w sposób przerysowany, nieskończenie komiczny, nie znaczy to jednak, że pełne humoru sceny pozbawione są głębszej refleksji. Na koniec widzowie starsi zostają ze starą jak świat refleksją - każdy dorosły powinien zachować w sobie odrobinę dziecka. Widzowie młodsi wychodzą dowartościowani - ich dzieciństwo to jakość sama w sobie. Wszyscy natomiast podśpiewują pod nosem piosenkę z optymistycznym przesłaniem i wracają do domów z nadzieją, że świat da się, przy odrobinie dobrej woli, uczynić nieco bardziej znośnym miejscem.

Do tego urokliwego, dopieszczonego w szczegółach spektaklu, można mieć co najwyżej kilka uwag. Organizatorzy powinni wyraźnie ostrzec, że w trakcie przedstawienia będą w użyciu lampy stroboskopowe. Mogliby też bardziej zatroszczyć się o klimatyzację. I nie wpuszczać na salę ludzi zamierzających spożywać kurczaka i frytki w trakcie spektaklu. Tych kilka niedociągnięć można im jednak spokojnie wybaczyć, bo zrobili dzieciom naprawdę wartościowy prezent z okazji ich święta.

Jolanta Nabiałek
Teatralia Wrocław
6 czerwca 2011
źródło: Teatralia Wrocław