Dyrektor Teatru Arka Renata Jasińska

Sen nocy letniej, Teatralia

Fundacja Artystów Niepełnosprawnych i Pełnosprawnych JESTEŚ MY

Sen nocy letniej, Teatralia

Szekspir odrealniony

Po piętnastu minutach automatycznie zaciskają się zęby. Po pół godzinie na chwilę masz dość. Potem uświadamiasz sobie jednak, że to wszystko nie dzieje się naprawdę i po ludzku przyzwyczajasz się do lunatyczno-onirycznej atmosfery. Mimo że krążą i szeleszczą wokół ciebie, czujesz się na tyle pewniej, że pod koniec zdarza ci się nawet wybuchnąć nerwowym śmiechem. Naprawdę spodziewałeś się komedii Szekspira? Jeśli tak, wrócisz do domu w lekkim szoku.

Ponoć najgorsze, co można zrobić, idąc do teatru, to mieć oczekiwania, a konkretniej rzecz ujmując, opartą na własnych wyobrażeniach i kulturowych uwarunkowaniach "wizję" wizji spektaklu. Trudno się jej pozbyć, tym bardziej, gdy mamy do czynienia z Szekspirem, Williamem, snem, latem i nocą. Tych pięć słów, ustawionych w odpowiedniej konfiguracji, uruchamia niemożliwy do zahamowania ciąg skojarzeń. Las, elfy, miłość i pomyłki. Widzimy kolory, kwiaty i śmiech - wszystko to przy okazji jednej z najradośniejszych uroczystości, jakie wynalazła ludzkość - zaślubin. Co jednak dzieje się, gdy ten wesoły, odrealniony obrazek przefiltrowany zostaje dodatkowo przez skomplikowaną, ludzką psychikę? Zamiast otwartej przestrzeni lasu mamy zamknięty szpital, zamiast elfów i kochanków - pacjentów i personel. Jak zatem nietrudno się domyśleć, tego wycinka rzeczywistości, tego Snu, tej Nocy, ani emocjonalnie, ani tematycznie Letnim nazwać nie można.

Porównywanie do oryginału w przypadku tego spektaklu okazuje się być dość ciekawym zabiegiem. Szekspir swoją sztuką ewidentnie chciał nas rozbawić. Sebastian Kubicz swoją adaptacją ewidentnie próbuje nas odświadomić. Postaci, które u mistrza ze Stratfordu pełnią rolę sennych zjaw, mieszają się u Kubicza z bohaterami realnymi. W ciągu niespełna dwóch godzin zapominamy przez to o własnej rzeczywistości i wchodzimy w inny świat, niezdatny do opisania za pomocą słów, będący jednocześnie idealnie wykładalnym w przestrzeni scenicznej. Szpital psychiatryczny - miejsce, o którym wspomina się po cichu, do którego trafia się w sekrecie, z którym w parze idą zazwyczaj takie słowa jak poufność, dyskrecja czy wręcz wstyd - otwiera przed nami swoje podwoje i z otwartymi ramionami zaprasza do środka. Opatrzone szekspirowskimi imionami, niewinnie z pozoru, na biało ubrane postaci, w rytm grzechotek usypiają publiczność. Nie od razu zobaczymy twarze aktorów - zasłaniają je maski, rodem z japońskiego teatru no. Beznamiętnych, niemalże mechanicznych - takich poznajemy ich na początku. Szybko jednak zauważymy, że bohaterowie Kubicza to postaci dwojakiej natury. Która jest bardziej prawdziwa? To już zostaje pozostawione naszej ocenie.

Niezależnie jednak od osobistych interpretacji, mechanizm obronny u każdego człowieka działa tak samo. Patologia, despotyzm i odczłowieczenie - takie słowa niemal automatycznie nasuwają się, gdy przez pryzmat aktorów, niczym przez szkło powiększające, przyglądamy się sytuacji, panującej na zamkniętym oddziale. Królowa elfów - Tytania jest tu pacjentką, jej szekspirowski mąż Oberon zaś - bezwzględnym lekarzem, który ze stosownie przerażającą świtą dawkuje pacjentom przerażenie i ubezwłasnowolnienie. Już samo jego pojawienie się na scenie budzi grozę. W budowaniu nieprzyjemnego napięcia wtóruje mu Puk - kobieta, będąca jakby kumulacją negatywnych napięć bohaterów - wijąc się zarówno po scenie, jak i wokół publiczności pełni rolę emocjonalnego narratora, jednocześnie funkcjonując jako alter ego psychicznie chorej królowej. Tytania, paradoksalnie, jest jedyną postacią, która w adaptacji Kubicza od początku do końca posiada tylko jedną (prawdziwą) twarz. I to wokół niej skupia się akcja spektaklu - walczy ona bowiem o dziecko, które despotyczny lekarz usiłuje jej odebrać. Widzimy, jak w desperacji przechodzi od pewności siebie, poprzez strach i rezygnację do szaleństwa. W międzyczasie dowiadujemy się o perwersyjnych zwyczajach Oberona; psychiczna władza, jaką posiada nad swoimi "podopiecznymi" stawia go w roli tyrana, wobec którego posłuszeństwo jest jedynym sposobem na przeżycie.

Nie bez przyczyny przy opisie spektaklu wspomniana zostaje więc postać brytyjskiej dramatopisarki Sary Kane. Ta nieżyjąca już od kilkunastu lat artystka, w swoich sztukach również pokazywała inną, psychotyczną momentami wizję otaczającego świata, której nieustannie towarzyszyła psychiczna niestabilność, jakaś forma dewiacji. Ucieczka od realnego świata jest jednak w wizji Sebastiana Kubicza tylko ucieczką pozorną.

"Sen nocy letniej" to nie sen wariata. To sen człowieka, wyjętego z innej niż nasza, codzienna, rzeczywistości. Sen dobitnie prawdziwy, osobisty, przepełniony frustracją, która, pomimo olbrzymiego ładunku emocjonalnego jest bardzo świadoma i ma nas, widzów, czegoś nauczyć. Doskonale pokazuje to jedna z ostatnich scen spektaklu, w której Tytania wkracza na scenę w płaszczu z purpury i z dumą dekoruje Oberona oślą głową. Oprawca staje się ofiarą, a jeden z pacjentów raz za razem, jak w transie, wypisuje kredą na podłodze wokół publiczności znany wzór: E=mc2. Względność otacza nas dosłownie i w przenośni. Względne jest wszystko, drodzy państwo, a zwłaszcza my sami. Miejmy się więc na baczności. Głosy nie śpią. Nigdy nie wiadomo, czy to nie my znajdziemy się kiedyś po drugiej stronie.

Ewa Orczykowska
22.01.2010
źródło: www.teatralia.com.pl